Marek Bańczyk, Tomasz Achrem, "Gazeta Wyborcza"
Poznań potrzebuje drugiej fali pracy organicznej, drugiej fali modernizacji, a przede wszystkim stworzenia własnej marki. Dzięki temu może stać się metropolią światową rangi Lyonu, Mediolanu czy Barcelony.
Na temat sytuacji Poznania podczas toczącej się od wiosny na łamach „Gazety Wyborczej” dyskusji „Poznań na zakręcie” napisano wiele stron. Ale statystyki mówią jasno: Poznań ma bardzo wyraźną przewagę w poziomie bogactwa (uproszczonym do PKB per capita) nad każdym polskim miastem oprócz Warszawy i bogactwo to powoli wzrasta. Tylko - co z tego? Niewiele. Nie chodzi tu tylko o niskie tempo wzrostu (w 2004 r. gospodarka poznańska rozwijała się trzy razy wolniej niż wrocławska). Naprawdę ważna jest ścieżka rozwoju; typ działań, które zwiększają wartość gospodarki. I o tym właśnie traktuje poniższy tekst.
Wśród wypowiedzi uczestników dyskusji „Poznań na zakręcie” widzimy dwa nurty dyskusji: pierwszy jest hurraoptymistyczny, drugi dostrzega bariery rozwoju, ale ich przyczyny widzi w poznańskiej tożsamości. Proponujemy stanowczo trzeci nurt rozumowania o kierunku rozwoju naszego miasta. Nurt ten nazwiemy na własną odpowiedzialność - neoorganicznym. Aby go sprawnie i zwięźle przedstawić, pokażemy najpierw, dlaczego dwa pierwsze stanowiska uważamy za niewystarczające lub chybione.
Nurt pierwszy: festyn
Pierwszy nurt dyskusji można streścić tak: Poznań rozwija się w dobrym kierunku. Wrocław zdobywa nowe inwestycje, a my nie za bardzo, ale dzieje się tak dlatego, że Wrocław jest daleko z tyłu i dopiero przeżywa boom, którym Poznań cieszył się dawno temu. Oczywiście można, a nieraz trzeba, to i owo poprawić, ale Poznań to „miasto skazane na sukces”. Jedyny problem tkwi w tym, że mieszkańcy naszego miasta o tym nie wiedzą i nie wierzą w siebie. Reszta Polski - również nie wie albo udaje, że nie wie. Dlatego musimy stworzyć program promocji, który wreszcie przekaże poznaniakom (a może przy okazji też reszcie) jednoznaczny komunikat: „Jesteśmy naprawdę dobrzy! Naprawdę!” Najbardziej konsekwentnym, precyzyjnym i przekonującym wyrazicielem takiego stanowiska jest prezydent Poznania Ryszard Grobelny.
Ten nurt opiera się na powierzchownej diagnozie: Mamy wysoki poziom PKB i niezłe tempo wzrostu, więc wszystko jest w najlepszym porządku. Nie wszystko jest w porządku, a już na pewno - nie w najlepszym. Poznań jest silny siłą rosnącej i dobrze zorganizowanej produkcji przemysłowej. Z wysokich wartości sprzedanej produkcji przemysłowej bierze się i wysoki poziom PKB i wzrost gospodarczy naszego miasta. Usługi oczywiście również rosną, ale największy udział w usługach ma tradycyjna kategoria: handel i naprawy, a nie profesjonalne usługi dla firm, design czy gospodarka czasu wolnego. Robimy się coraz potężniejsi i gonimy świat zachodni, ale jest to świat zachodni końca XIX w. On już prawie nie istnieje. Dzisiejszy świat idzie w innym kierunku.
***
Istnieją dobre sektory gospodarki, ale są też sektory lepsze. Są takie, w których przykładowa inwestycja miliona dolarów i stu tysięcy roboczogodzin przynosi 30 tys. dolarów nowej wartości w roku. Są też takie, w których ta sama inwestycja może przynieść 300 tys., a w ciągu kilku lat - nawet trzy miliony. Te pierwsze są oparte bardziej na zasobach materialnych, te drugie - na intelektualnych. W pierwszych wystarcza efektywność, organizacja i rachunek kosztów, w drugich - dobra organizacja to zaledwie konieczny punkt wyjścia, liczy się: oryginalność, innowacja, kreatywność. Dominująca grupa tych sektorów to sektory kreatywne. Od USA po Katar, od Malezji po Izrael, Singapur czy Estonię, świat stawia na takie sektory. Tworzą dużo większą wartość, jako sektory usługowe silniej nakręcają lokalne gospodarki, stymulują wyobraźnię i dobrze wpływają na inne sektory, wreszcie - są dużo lepszym orężem konkurencji, bo opierają się na unikalności. Fabrykę Volkswagena można niestety łatwo przenieść np. do Słubic. Sektora mody czy designu przemysłowego nie można łatwo wyprowadzić z Mediolanu. Podobnie - Doliny Krzemowej nie sposób przenieść w dolinę rzeki Jangcy. Gospodarki oparte o sektory kreatywne lepiej wytrzymują walkę konkurencyjną, zwłaszcza ze strony niskokosztowych producentów z Azji.
W Poznaniu są odpowiednie warunki i potencjał do rozwoju ukierunkowanego na przemysły kultury i sektory kreatywne, na gospodarkę opartą na wiedzy. Gospodarka oparta na wiedzy to taka, w której wiedza jest tworzona, przyswajana, przekazywana i wykorzystywana bardziej efektywnie przez przedsiębiorstwa, organizacje, osoby fizyczne i społeczności, sprzyjając szybkiemu rozwojowi gospodarki i społeczeństwa.
Silna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje silnego sektora produkcyjnego wykorzystującego nowoczesne technologie. My go mamy, dlatego ten właśnie pomysł na Poznań należy promować. Skojarzenia w głowach świadomych Europejczyków na hasło Poznań powinny dawać odzew: nowoczesny, kreatywny, rozwijający się.
Takiej zmiany nie da się oczywiście zadekretować. Zaklinanie rzeczywistości w stylu hasła: "tu warto żyć" niewiele może przynieść pożytku. Ludzie głosują nogami. I ci najlepiej wykształceni, z największym potencjałem wybierają niestety zamiast Poznania najczęściej Warszawę. Rząd brytyjski definiuje sektory kreatywne gospodarki jako te, które swe źródło mają w indywidualnej kreatywności, umiejętnościach i talencie, i które mają potencjał w budowaniu dobrobytu oraz tworzeniu miejsc pracy przez całe pokolenia. Sektory te nazywane są też przemysłem kultury i obejmują takie dziedziny, jak reklama, architektura, rzemiosło, design, projektowanie mody, film i wideo, multimedia, muzykę, teatr, działalność wydawnicza, media. Przemysł kultury w Wielkiej Brytanii wypracował 4 proc. produktu krajowego, więcej niż rybołówstwo i rolnictwo czy przemysł wydobywczy. Poznań posiada niewykorzystane dotąd aktywa. Na plan pierwszy wysunąć należy opisany już przemysł kultury. Kolejnym atutem może stać się przemysł nauki. Podczas gdy wszystkie wielkie miasta przeżywają w tej chwili dezindustrializację, wokół uniwersytetów wyrastają nowe przemysły - wprowadzające w świat XXI w.
Druga ważna sfera to tzw. przemysł czasu wolnego. Tu pojawia się kwestia wypromowania kilku dużych imprez i nadaniu im rangi co najmniej europejskiej. Trzecim obszarem potencjalnych możliwości są dla Poznania wielkie rezerwy terenowe (i to w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach), które stanowią obiekty powojskowe, pokolejowe i poprzemysłowe. Aby jednak rzeczywiście przyczyniły się do metropolizacji poznańskiej przestrzeni, trzeba perspektywicznej, zdecydowanej i spójnej akcji urbanizacyjnej.
***
W Poznaniu sektory kreatywne nie rozwijają się równie szybko, co produkcja przemysłowa. Te sektory raczkują, a produkcja galopuje. A to na rozwoju sektorów kreatywnych powinno zależeć nam bardziej niż na rozwoju przemysłu. Niebywałe osiągnięcie - lokalizacja Centrum Innowacji Microsoftu - to niestety wyjątek od reguły. Poza tym centra innowacji i zagłębia informatyczne to cel, do którego dąży też kilka innych polskich miast: Wrocław, Kraków, Łódź. Jeśli nawet uda nam się utrzymać miejsce w czołówce, na pewno nie będziemy tam sami. Samo skoncentrowanie się na innowacjach jest zbyt ogólne i zbyt powszechne, by mogło dać Poznaniowi unikalny wizerunkowy znacznik i korzyści specjalizacji. Potrzebujemy szczególnego oparcia na jednym z sektorów kreatywnych.
Pozostaje drugi postulat prezentowany przez nurt zbliżony do pana prezydenta: stworzyć markę miasta Poznań dla mieszkańców Poznania, żeby ich przekonać, że jest dobrze. Innymi słowy - stworzyć markę wewnętrzną. Ten pomysł jest w najlepszym wypadku wybitnie niefortunnym skrótem myślowym. I to skrótem w przepaść. Marka jest po to, żeby właścicielowi przynieść korzyści, a nie, by go czule połechtać. Marka produktu przynosi zysk finansowy firmie. W zamian za pewne emocjonalne i racjonalne korzyści, wyciąga ten zysk z otoczenia, nie z firmy. Marka miasta działa podobnie tylko szerzej - pomaga zdobyć inwestycje, technologie, specjalistów, dochody z turystyki. Wszystko to płynie z otoczenia, a nie z miasta. My też lubimy lokalny koloryt i pyry z gzikiem. Ale marka miasta to nie festyn ani rodzaj zbiorowej psychoterapii mieszkańców. Kampania musi być skierowana na zewnątrz, inaczej - traci sens.
Należy stworzyć markę miasta skierowaną do nie-poznaniaków, czyli inwestorów, młodych fachowców, turystów i innych grup docelowych polskich i zagranicznych. Poznań ma być rozpoznawalny i kojarzony z jakąś charakterystyczną, pozytywną cechą. Jeśli przy okazji uda się przekonać do marki miasta samych poznaniaków i wzbudzić w nich dodatkowe poczucie dumy i tożsamości, to jeszcze lepiej. Ale nie może to być głównym celem. Do tego służą zresztą inne środki, a poza tym akurat poczucia dumy i tożsamości regionalnej nikt nam w Polsce nie odmawia, raczej pojawiają się głosy, że mamy jej za dużo.
Jedynym elementem nurtu myślenia reprezentowanego przez pana prezydenta, z którym zdecydowanie możemy się zgodzić jest odważna afirmacja optymizmu i wiary w siebie. Bez tego - nic się nie uda.
Nurt drugi: gruz
Dyskutanci należący do drugiego nurtu twierdzą co innego: Poznań podąża w złym kierunku, traci pozycję i ponadregionalne znaczenie, nie potrafi wykorzystać swoich szans rozwojowych w gospodarce XXI w. W epoce wiedzy i swobodnego przepływu idei, ludzi i kapitału Poznań pozostaje solidnym miastem końca XIX w., dlatego nie ściąga nowych inwestycji, traci absolwentów uczelni. To nie Warszawa blokuje, tylko sami się blokujemy. Cały ten specyficzny charakter mentalności poznańskiej (etos), który pomagał nam przetrwać a nawet wygrywać gospodarczą walkę o polskość z pruskim zaborcą 200 lat temu, obecnie jest wyłącznie obciążeniem. Żyjemy wciąż w ponurej, pruskiej twierdzy i karmimy się mitami, podczas gdy inni z uśmiechem budują szklane domy. Dlatego pierwsze, co trzeba zrobić, to wyburzyć twierdzę, czyli rozprawić się z autostereotypem, z naszym zaściankowym przywiązaniem do odrębności, konserwatyzmem i samochwalstwem, z naszymi mitami o potędze poznańskich targów i o lepszości Wielkopolski nad resztą kraju. Przy okazji znikną negatywne opinie reszty kraju na temat naszego miasta i regionu. Porzućmy natrętną mentalność oblężonych, obsesję rywalizacji, walki z innymi. Wojna się skończyła. Na gruzach twierdzy Poznań zbudujemy otwarty dom współpracy.
Najlepiej ten nurt w debacie "Poznań na zakręcie" reprezentuje Marcin Muth, którego tekst "Od wieków mieszkamy w Festung Posen" "Gazeta" opublikowała 8 maja.
Być może w jakiejś dziedzinie istnieją przykłady rozwoju opartego wyłącznie na współpracy, uśmiechu i pogodnej bezczynności. W gospodarce XXI w. takie zjawisko jednak nie występuje. Dlatego właśnie rządy, magistraty, rozmaite konsorcja publiczno-prywatne, a nawet prywatne firmy tyle pieniędzy i energii poświęcają na tworzenie marki dla miejscowości, regionu lub kraju. Marka miasta, podobnie jak marka produktu, pomaga wygrywać walkę konkurencyjną. Wyróżnia miejscowość z tłumu, ale też - jeśli jest dobrze zbudowana i zarządzana - chroni miasto przed utratą pozycji na rzecz miast rywali, nawet jeśli w niektórych dziedzinach to rywale mają obiektywną przewagę. Można np. z miasta Murcja zrobić cudo infrastruktury biznesowej, zbudować najszersze i najnowocześniejsze drogi, dać do dyspozycji tysiące metrów najnowocześniejszej powierzchni biurowej, a nawet - zwolnić nowych inwestorów z podatków i obniżyć cenę za wynajem o połowę. Mimo to i tak nie uda się Murcji z dnia na dzień zająć pozycji Barcelony ani nawet Walencji. Mercedes to Mercedes, Barcelona to Barcelona. Marka i magia miejsca działa bardzo często silniej niż obiektywne parametry.
Działa też na znacznie dłuższą metę. Poziom rozwoju gospodarczego miasta może zmienić się szybko. Natomiast zespół wartości i cech jakościowych nadających miastu specyficzną osobowość, odkąd zostanie osadzony w zbiorowej świadomości, potrafi być bardzo trwały. Zwłaszcza jeśli jest umiejętnie wzmacniany przez atrybuty takie jak logotyp i slogan oraz spójną politykę najważniejszych graczy (nie tylko władz miejskich) utożsamianych przez otoczenie z miastem. Marka terytorialna oczywiście również ewoluuje, ale jej profil prawie nigdy nie zmienia się radykalnie. Neapol może stać się nagle w cudowny sposób dwukrotnie bogatszy od Zurychu. Takie wolty się zdarzają. Neapol nie stanie się jednak synonimem powściągliwości, uporządkowania i chłodnej precyzji, Zurych - nie będzie miastem romantycznego szaleństwa.
***
Idąc dalej, rewizjoniści mówią: Dziedzictwo typowo wielkopolskich cech jest dzisiaj ograniczeniem, nieprzydatnym balastem. Zrzućmy ten balast, żeby zrobić krok naprzód. Z tym stanowiskiem dzielimy diagnozę i pragnienie przemyślanych, ale zdecydowanych, zmian mechanizmu gospodarczego. Różnimy się jednak absolutnie co do postulatu zburzenia twierdzy Poznań, czyli wyrugowania z poznaniaków ich stereotypów, przekonań, postaw. Ich wyrugowanie (z wyjątkiem niektórych toksycznych narośli na etosie poznańskim) to niedobry pomysł z przynajmniej czterech powodów.
Po pierwsze - jest zupełnie nierealny. Stereotypy, przekonania i cechy poznańskie powstały w sposób naturalny. Kibice Lecha Poznań nigdy nie uczestniczyli w oficjalnych szkoleniach z patriotyzmu lokalnego, a potrafią. Hiphopowcy z Ascetoholix nie czekali na wytyczne z Urzędu Marszałkowskiego, żeby rapować o Wielkopolsce. Stowarzyszenie Inwestycje dla Poznania, walczące o nowe połączenia lotnicze z lotniska na Ławicy nie jest efektem programu pomocowego UE tylko wynikiem oddolnego zapału grupy młodych ludzi. To tylko trzy pierwsze z brzegu przykłady pokazujące, jak w naszych hedonistycznych i pragmatycznych czasach wolni ludzie z jakichś powodów uparcie poświęcają dużo czasu i energii na obronę swojego ideowego przywiązania do regionu i miasta. Oni wszyscy potrzebują specyficzności Poznania. Potrzebują tożsamości nieco odrębnej od innych regionów Polski, tożsamości wielkopolskiej, z której będą mogli być dumni, i dla której mogliby działać.
W takiej sytuacji, nawet gdyby wszyscy uczestnicy debaty "Poznań na zakręcie" uznali, że etos wielkopolski jest w obecnych czasach całkowicie negatywny, że jest przeszkodą w rozwoju i należy go zniszczyć i nawet gdybyśmy przekonali do tej idei wszystkie media - i tak nie ma żadnych szans, że twierdza Poznań runie. Jest za mocna. Poza tym - nie wszyscy uczestnicy debaty dadzą się przekonać do ataku na poznańskość (nawet archaiczną i miejscami pretensjonalną). Niżej podpisani stoją po stronie twierdzy.
Po drugie, gdyby jakimś cudem dekonstrukcja mentalności poznańskiej okazała się realna, musiałaby się opierać na założeniu, że wszystkie tradycyjne cechy i stereotypy poznańskie są w XXI w. szkodliwe i złe. Jest to nieprawda. Przedsiębiorczość, dobra organizacja, nieuleganie romantycznemu zamroczeniu, konsekwencja czy zdolność do wygrywania długotrwałej rywalizacji to nie są cechy przeszkadzające w gospodarce opartej na wiedzy. Może 200 lat temu cechy te znaczyły więcej, a dzisiaj nie wystarczają, żeby wygrać. Ale wciąż są to PLUSY, słabsze niż kiedyś, ale PLUSY, a nie MINUSY. Dlaczego mielibyśmy świadomie pozbywać się plusów?
Po trzecie, nawet gdyby atak na etos był realny i etos rzeczywiście byłby w całości przeszkodą w nowych czasach, i tak nie powinniśmy go demontować. Bo etos, auto- i heterostereotypy, mentalność, specyfika zachowania to nasza unikalność. Jeśli chcemy jakoś zaistnieć w szerszej sferze świadomości europejskich inwestorów, musimy zbudować markę. Z punktu widzenia budowy marki każda unikalność, nawet negatywna, jest lepsza niż brak unikalności. Po zburzeniu twierdzy Poznań będziemy tak samo bezradni jak teraz, tylko staniemy na jej gruzach. Gruz jest gorszy niż twierdza, tak samo jak brak rozpoznawalności jest gorszy niż stereotypy. Stereotyp można poprawić, wyjść z niebytu jest dużo trudniej. Wrocław nie korzysta z tożsamości regionalnej Dolnego Śląska i dolnośląskiego etosu, nie dlatego, że to niemodne, tylko dlatego, że nic takiego, jak etos dolnośląski nie istnieje. Brak zasobów. My mamy te zasoby i to w bardzo mocnym wydaniu. Powinniśmy je wykorzystać, a nie - rujnować na wszelki wypadek.
Wreszcie, po czwarte - kilka przykładów bez większego komentarza. Bawaria nie musiała niszczyć swojego ultrakonserwatywnego charakteru, żeby Monachium mogło stać się światową metropolią. Katalonia pozostaje wierna swoim konserwatywnym zasadom, a gwiazda miasta Barcelona wcale na tym nie cierpi. Potęga Mediolanu jakoś nie wymagała rozprawienia się z separatyzmem lombardzkim a la Liga Północna. Etos, trochę przemodelowany, może sprzyjać rozwojowi Poznania, a nie - przeszkadzać.
Nurt trzeci: rewitalizacja
To przemodelowanie może polegać na wyrżnięciu przynajmniej trzech mitów. Mało przyjemne cechy poznańskiej mentalności i sposobu widzenia świata - hamulce naszego rozwoju jako europejskiej metropolii - pochodzą nie z organicznych lat budowania twierdzy Poznań, ale z czasów PRL-u. Zamiast burzyć twierdzę - oczyścimy ją z liszajów, zdemontujmy tylko peerelowską tandetę. Rewitalizujmy twierdzę Poznań.
Mit pierwszy: "bez wsparcia centralnego - nic się nie uda". Nie chodzi tu nawet o powszechną wśród poznaniaków ostrożność wobec Warszawy. Mimo że przesadzona, ta opinia znajduje jeszcze jakieś oparcie w konstrukcji finansowej samorządów, ograniczaniu roli Ławicy przez państwowe Porty Lotnicze itp. Chodzi nam o nastawienie naszych elit - wyrażane wielokrotnie w wywiadach przez radców, prezydentów i rozmaitych kandydatów na te funkcje - które pozwala im myśleć co najwyżej o sprawnym administrowaniu na swoim podwórku i wydeptywaniu warszawskich korytarzy w poszukiwaniu akceptacji i środków na realizację nielicznych projektów. Najświeższym przykładem są Termy Maltańskie i 50 mln zł od ministra sportu. Komentarze skupiają się nie na korzyściach dla wizerunku miasta czy wzroście jakości życia mieszkańców, ale na tym, że wredny minister przypierany miesiącami do muru przez mężnych urzędników poznańskiego magistratu w końcu dał nam coś, co nam się od dawna należało. Nie szukamy więc rozwiązań we wspólnym działaniu, poszukiwaniu szans i możliwości, współpracy przedsiębiorców, samorządu i organizacji pozarządowych, jedyną nadzieję widzimy w wyrywaniu kolejnych kąsków z warszawskiej gardzieli. Jest to cecha z zasady Wielkopolsce obca. Pojawiła się relatywnie niedawno i powinna Wielkopolskę równie szybko opuścić. Komu jak komu, ale Wielkopolsce strategia płaczliwo-żebracza nic dobrego nie przyniesie.
Władze Wrocławia wraz z lokalnymi przedsiębiorcami wzięły los w swoje ręce i bez wsparcia politycznego czy finansowego tworzą najskuteczniejszy w polskich warunkach program zmiany wizerunku miasta. Bohdan Jałowiecki w ekspertyzie "Uwarunkowania i szanse rozwoju polskich metropolii" podaje wyniki badań ankietowych przedsiębiorców, którzy dokonywali oceny władz miejskich punktu widzenia czynników zniechęcających inwestorów do instalowania się w danym mieście. Najwięcej krytycznych opinii wyrażono o władzach Poznania. "Wygraliśmy" w takich zaszczytnych kategoriach, jak: sygnały korupcji w kręgach administracji samorządowej; brak zachęt organizacyjno-administracyjnych ze strony władz lokalnych; brak zachęt podatkowych ze strony władz lokalnych; nieuporządkowany stan prawny wielu nieruchomości w mieście.
Mit drugi: "rozwijają się tylko biedni". Wygłaszane na okrągło argumenty miejskich elit w odpowiedzi na uwagę, że "Poznań jest na zakręcie" to enuncjacje, że rozwijają się tylko biedni, a my - bogaci - możemy pozwolić sobie na uroczy luksus stagnacji. "Wrocław nas dogania" - "No cóż, ale z jakiego punktu on startował! Jak nas dogoni, to zobaczymy, czy będzie mu tak łatwo".
Otóż, drodzy Panowie, najlepiej rozwijają się właśnie bogaci. Bogaci warszawiacy mogą sobie nucić: "nas nie dogoniat". W rankingu polskich dużych miast, przygotowanym przez Centrum Badań Regionalnych, pominięto stolicę, wychodząc z założenia, że jej pozycja jest bezkonkurencyjna (sic!). Ranking European Cities Monitor 2005 obejmuje 30 najatrakcyjniejszych miast i oparty jest o ankietę wypełnianą przez dyrektorów 501 europejskich firm, którzy oceniają poszczególne miasta na podstawie 10 cech: dostępności rynku, jakości transportu zewnętrznego, telekomunikacji, kosztu i dostępności kwalifikowanych kadr, klimatu stworzonego przez władze, dostępności lokali biurowych, znajomości języków obcych, jakości transportu wewnętrznego, jakości życia oraz czystości środowiska. Jest to bodaj najlepszy ranking jasno mówiący, gdzie które miasto znajduje się w europejskim peletonie. Najlepszy, bo tworzony na podstawie opinii ludzi, którzy na co dzień służbowo i finansowo odpowiadają za to, co mówią i gdzie lokują firmy. Od początku, czyli od 16 lat w rankingu tym pierwsze miejsce zajmuje Londyn, stale powiększając swoją przewagę nad wszystkimi innymi. W pierwszej piątce znajdują się też: Paryż, Frankfurt, Bruksela. Bardzo ostro do przodu idą bogate miasta hiszpańskie: Barcelona, Walencja. Miasta biedniejsze, jak Bukareszt, jeśli w ogóle pojawiają się w rankingu, okupują dolne rejestry poza pierwszą trzydziestką. Bieda nie daje lepszych możliwości rozwojowych niż bogactwo. Warszawa znajdzie tu także powód do dumy - jest miastem, w którym swoje oddziały planuje otworzyć w najbliższych trzech latach największa liczba europejskich firm.
W tym zestawieniu pojawia się też Kraków. A gdzie jest Poznań? Pierwsza trzydziestka? Miasta goniące pierwszą trzydziestkę? Inne miasta brane pod uwagę? Nie. Podane hasło nie zostało znalezione. Ranking miast pod względem jakości życia UBS? Podobnie. Analogiczny ranking Mercer? Nie ma. Inne rankingi i zestawienia miast zebrane w serwisie citymayors.com? Jest. Jeden: 500 największych miast Europy. Poznań jest na 79. miejscu w Europie pod względem liczby ludności. Przynajmniej czegoś nie można zepsuć. Chociaż - patrząc na odpływ absolwentów i ludzi w wieku wczesnozawodowym - kto wie. Niemniej naszym celem w perspektywie najwyżej 10 lat musi być znalezienie się w rankingu ECM. To ten ranking, a nie okazjonalne spotkania delegacji miejskich przy okazji targów regionalnych mówi, jakie miasto jest, a jakie nie jest rozpoznawalne zagranicą. Tych wyników nie można kupić poparciem tego czy innego ministra, trzeba je wypracować spójną wizją i ciężką pracą.
Mit trzeci: "i tak jesteśmy najlepsi" lub w brutalniejszej wersji "na wschód od Konina Azja się zaczyna". Akurat. Poznań nie tylko traci dystans do Warszawy, ale traci kontakt - choćby już tylko wzrokowy - z europejską czołówką, z metrosiecią miast promieniujących ideami, oddziaływujących na wielkie obszary. A Azjatów będziemy rzeczywiście niedługo oglądać, ale od tyłu, uciekających nam w wyścigu po rozwój cywilizacyjny. I nie chodzi tu o miasta japońskie ani nawet o Singapur czy Hongkong, bo te już dawno zdystansowały nas w większości dziedzin. Chodzi o miasta chińskie i indyjskie. Bangalore to miasto w indyjskiej hierarchii teoretycznie niżej niż Poznań w polskiej. A jednak zna je cały biznesowy świat, ze względu na sektor usług specjalistycznych. Czy ktoś na świecie słyszał o Poznaniu? Czy znany jest jakiś wybitny poznaniak? Kiedy nasza duma - KKS Lech - zagra w Lidze Mistrzów, podczas gdy na trybunach atmosferę Ligi Mistrzów mamy już od kilku lat? Tu faktycznie warto by może wybić cegiełkę czy dwie z murów twierdzy Poznań i przewietrzyć trochę to miasto. Wpuścić tu nowe idee, nową sztukę, nowy design. Zaprojektować to, co w Poznaniu jeszcze niezaprojektowane - czyli z wyjątkiem Starego Browaru, pewnie prawie wszystko.
Stawiamy trzy tezy: po pierwsze: Poznań ma zasoby i pozycję wyjściową, żeby stać się metropolią światową o profilu silnego kontrapunktu dla stolicy, jak: Lyon, Mediolan, Barcelona, Frankfurt, St. Petersburg, Sao Paulo, Montreal. Zauważmy, że w specyfice każdego z tych miast leży, podobnie jak w naszym wypadku, pewna opozycja do cech narodowych kraju, w którym się znajdują. Po drugie: Poznań potrzebuje nowego mechanizmu rozwoju opartego nie na przemyśle, lecz na usługach i sektorach kreatywnych. Po trzecie: Poznań potrzebuje promocji w formie pełnej marki terytorialnej, nawiązującej do nowego mechanizmu rozwoju i dającej miastu silną rozpoznawalność zagraniczną. Etos wielkopolski jest zarodkiem specyfiki i unikalności, zasobem, który można wykorzystać w budowie marki.
Praca organiczna, praca u podstaw, powstanie wielkopolskie - to nieliczne przykłady z polskiej historii, kiedy nam się jakoś wbrew polskiej tradycji powiodło. Jak pisze prof. poznańskiej AE Wojciech Cellary: "Polska znajduje się obecnie w trakcie dwóch transformacji - dostosowywania do wymagań Unii Europejskiej w celu integracji z nią oraz transformacji do globalnego społeczeństwa informacyjnego. O tej pierwszej opinia publiczna jest lepiej lub gorzej poinformowana, natomiast drugą często uważa się za problem odległy w czasie i zdecydowanie niepierwszoplanowy w Polsce. Prawda na ten temat jest inna - integracja z Unią Europejską to de facto nadrabianie opóźnień w stosunku do Europy, jakie narosły w Polsce po wojnie, natomiast transformacja do globalnego społeczeństwa informacyjnego stanowi wyzwanie, którym żyje najbardziej rozwinięta część świata. Udział Polski w tej transformacji jest walką o jej miejsce w świecie przyszłości".
Teraz potrzebujemy więc dla Poznania drugiej fali pracy organicznej, drugiej fali modernizacji. Wtedy był to przemysł, handel i edukacja podstawowa. Dziś na rozwój naszego miasta i regionu trzeba mieć nowy pomysł. Mimo tych wszystkich kłód leżących pod naszymi nogami druga fala pracy organicznej jest możliwa, bo o jej powodzeniu zadecydują poznaniacy. To ludzie tworzą miasto. Oby tylko nie okazało się, że podstawowym problemem Poznania są właśnie ludzie, a ściślej mówiąc - elity. Tutaj po prostu ostatnio nie rodzili się przywódcy. Gdybyśmy spytali mieszkańców innych miast o wielkich (żyjących!) poznaniaków, kogo by wskazali?
***
Polska z niezakończonym etapem rozwoju przemysłowego staje nagle przed wyzwaniem konkurowania w globalnej gospodarce opartej na wiedzy. Wielkopolska, w której procesy cywilizacyjne etapu industrialnego i kształtowanie się wczesnonowoczesnego społeczeństwa mieszczańskiego osiągnęły relatywnie najwyższy poziom w Polsce, jest w sytuacji osobliwej. Z jednej strony jest potencjalnie najlepiej przygotowana do kolejnej rywalizacji gospodarczej, ponieważ poprzednią przetrwała z sukcesem. Z drugiej strony, w odróżnieniu od niektórych regionów, osiąga wciąż dobre wyniki gospodarcze w oparciu o anachroniczny model późnoprzemysłowy, co powoduje, że brak jej odpowiedniego impulsu i energii do zmian.
Wysoka kultura materialna Wielkopolski i przywiązanie do jakości to również nasze atuty zgodne z duchem czasów. Największa niegdyś potęga przemysłowa świata - Wielka Brytania - jest obecnie przodującą europejską gospodarką wiedzy. W XXI w. to właśnie tam szukamy wzorów do naśladowania. Musimy zabrać się ostro do nowej pracy organicznej nad zmianą profilu naszej gospodarki, pokazaniem wykształconym w poprzedniej epoce przedsiębiorcom, dlaczego opłaca się ucieczka do przodu - w wiedzę, unikalność, jakość, wartość intelektualną. W ten sposób, przy naszym potencjale biznesowym, artystycznym, naukowym i przemysłowym oraz spajającej nas wielkopolskiej tożsamości możemy relatywnie szybko dokonać skoku w XXI w. Mamy do dyspozycji eurofundusze, nie mamy przeciwko sobie Bismarcka. Powinno się udać. Od tysiąca lat to głównie tutaj się udaje.